poniedziałek, 28 marca 2016

Rozdział 1

      Kurczak, stawiając nogę na rzeszowskiej ziemi czuł, że podjął jedną z najlepszych decyzji w swoim życiu. Bardzo dobrze przemyślaną decyzję. Od kilku miesięcy większość włoskich wieczorów spędzał właśnie na rozmyślaniu, czy aby Resovia to dobry pomysł. Niby wszystko pięknie. Zarobki jak na polską ligę bardzo dobre, nawet chciałoby się rzec podejrzanie dobre, ale świadomość, że w pewnym sensie zdradzi swój ukochany Bełchatów nie dawała mu spokoju. Dobra, bądźmy szczerzy, bał się, że straci swoich wiernych fanów, gdy założy na siebie pasiak. Może i się zmienił, może już nie był tym samym człowiekiem co sześć lat temu, ale nie oszukujmy się, nadal lubił moment, gdy hale wypełniał pisk niewieścich gardeł, skandujących jego nazwisko. Bartuś, ach ten Bartuś. Taki dorosły, a w środku jeszcze dziecko.
- Nienawidzę latać - oznajmił ten przystojniejszy z rodu, przytrzymując się nogi ojca, z miną ostrzegającą, że chyba zaraz zwróci śniadanie, czytaj: paczkę żelek. I niech ktoś powie, że on nie jest synem Kury...
- Ta, skąd ja to znam - westchnął i łapiąc chłopca za rękę podążył w stronę Boska, który od godziny koczował już na lotnisku. - Cześć Rysiu - uśmiechnął się przyjaźnie, chcąc w ten sposób udobruchać staruszka i załagodzić sytuację sprzed kilku dni. Ryśkowi jednak ani się śniło godzić z nowym Resoviakiem. Stwierdził, że mając na niego totalnie wyjebane, da mu do zrozumienia, że nie jest pępkiem świata, już nie.
- Siema młody - ukucnął i przybił z blondynem piątkę. - Jak tam lot.
- Dość mdło bym powiedział - i w tej samej chwili jego żołądek całkiem się zbuntował, sprawiając że Mikołaj szybko zatkał usta, by to co światła dziennego nigdy ujrzeć nie powinno, niepotrzebnie nie wypłynęło.
- Łazienka? - zapytał Kurek, choć i tak znał odpowiedź. Wziął chłopca na ręce i szybkim krokiem skierował się do pomieszczenia, którego przeznaczenie zna każdy. Po około dziesięciu minutach dziwnych odgłosów  dochodzących z kabiny nr 3, wyłonił się przyszły pierwszak.
- Lepiej?
- O wiele - odetchnął z ulgą, podchodząc do umywalki. - Mógłbyś? - Bartek podszedł do syna i biorąc go pod pachy podniósł na wysokość kranu. Chłopak szybko przepłukał gardło i umył ręce. Chwilę później stali już przy Bosku.
- Możemy iść? - zapytał manager, a gdy obaj pokiwali twierdząco głową, zabrał jedne z wielu bagaży i skierował się do swojego auta. Po około 20 minutach drogi, w trakcie której Ryszard rozmawiał tylko z Mikołajem, dotarli na jedno z lepszych osiedli w Rzeszowie.
- Na Podpromie masz stąd 20 minut spacerem - oznajmił najstarszy dość przyjaznym tonem. Kura w pewnym sensie poczuł ulgę, bo nie chciał kończyć współpracy z Boskiem. Gdzie on by znalazł kogoś takiego? Odpowiedź jest prosta. Nigdzie. Drugiego Ryśka nie ma i koniec.
- Zapraszam - powiedział, otwierając potężne drzwi. Ich oczom ukazał się przestronny przedpokój, calutki pomalowany na szaro, ale nie tak szaro, że smutno tylko na taki ciepły, domowy odcień. Jeżeli w ogóle coś takiego jest. Stała w nim niewielka szafka na drobiazgi, a za lustrzanymi drzwiami, które sięgały od podłogi do sufitu ukryta była szafa. Reszta mieszkania również wyglądała bardzo dobrze. Przestronna kuchnia, duży salon, sypialnia, mniejszy pokój,  ewidentnie urządzony dla chłopca i słusznych rozmiarów łazienka. Normalnie żyć nie umierać. Gdy Bosek pokazał im wszystko co miał do pokazania Mikołaj z prędkością światła pobiegł do swojego pokoju i ze stwierdzeniem, że nigdy więcej z niego nie wyjdzie, trzepnął drzwiami.
- To dziecko ma ADHD - stwierdził siatkarz, opierając się o kuchenny blat.
- A gdzie twoja księżniczka? - spytał staruszek, siadając na jednym z barowych krzeseł. - Zwiała? - spytał sarkastycznie.
- No i to na nowym koniu - westchnął, zakładając ręce na klatce piersiowej. -  Tak wiem, że mówiłeś - powiedział, gdy zobaczył, że Bosek otwiera usta.
- Nie to chciałem powiedzieć - przewrócił aktorsko oczami. - Jak dla mnie to dobrze się stało.
- Ja wiem, że dla ciebie dobrze, dla Młodego tym bardziej, no a patrz dla mnie jakoś nie specjalnie - rozłożył bezradnie ręce i szybkim ruchem wskoczył na blat. Od wejścia do tej kuchni wiedział, że to będzie najlepsze miejsce do siedzenia.
- Nie zasługiwała na ciebie - dodał.
- Skończymy temat Natalki, dobra? Lepiej powiedz co tam u ciebie słychać.
- Nic specjalnego. Wnuki rosną, czas mija, a no właśnie, puki nie ma Mikołaja...
- Co się stało? - Kurek spojrzał na staruszka, ściągając jedna brew.
- Bartek, starzeje się i to widać doskonale. Od kiedy pamiętam swoje życie poświęciłem sportowemu światu. Przyszedł wreszcie czas żebym i ja odpoczął.
- Chcesz przez to powiedzieć, że...
- Ten transfer to moja ostatnia robota. Czas, żeby moje miejsce zajął ktoś młodszy.
- Rysiu, jeżeli to przez to co powiedziałem to bardzo cię za to przepraszam. Ja nie chciałem...
- To nie przez to - machnął rękę, jakby dawno puścił to w niepamięć. - Po prostu ma dość siedzenia nad papierami, do cholery jestem już emerytem i należy mi się trochę odpoczynku.
- Ale ja sobie bez ciebie nie poradzę - jęknął siatkarz, zeskakując na podłogę i zakładając ręce na piersi.
- Poradzisz, spokojnie. Jesteś już duży - puścił mu oczko. - Mogę nawet powiedzieć, że odpowiedzialny.
- Ale...
- Zawsze będziesz mógł zadzwonić i się poradzić. Dasz radę - uśmiechnąch się przyjaźnie i zszedł z krzesła. -  Ja już się będę zbierał - stwierdził, kierując się do drzwi.
- Mikołaj! - siatkarz głośno zawołał syna. Ten niechętnie wyłonił się zza drzwi swojego pokoju i westchnął tak głęboko, że wymianę powietrza w jego płucach było słychać w przedpokoju.
- Co jest?
- A to jest, że już jadę do siebie.
- Już? - zdziwił się nieletni.
- A no już - Bosek ukucnął i pozwolił by chłopczyk się do niego przytulił.
- Kiedy przyjedziesz?
- Nie wiem. Teraz wyjeżdżam do córki za granicę i długo mnie nie będzie, ale jak wrócę do Polski to napewno cię odwiedzę - powiedział i wrócił do poprzedniej pozycji.
- A ja? - Kurek rozłożył ręce i czekał aż Rysiek się do niego przytuli, co manager bezzwłocznie uczynił, głośno się przy tym śmiejąc. - Ciebie też odwiedzę - powiedział, klepiąc siatkarza po plecach. - Dobra, bo zaraz się rozpłaczę - oderwał się od Kurasia i rzucając zwykłe: "Trzymajcie się", wyszedł z mieszkania.
- Głodny? - spytał Bartek.
- Jak wilk.
- To co? Pizza? - zaproponował i skierował się do kuchni, a Miki podążył tuż za nim.
- Znooowuuu - jęknął przeciągliwie. -  Ja to bym pierogów zjadł - stwierdził i zaczął wdrapywać się na krzesło. Trochę nieudolnie mu to szło, ale Kurek w żaden sposób nie miał zamiaru mu pomagać. Zbyt duży miał z tego ubaw. Młody w końcu się poddał i zaraz po tym jak o mało nie złamał sobie nogi przy kopnięciu w metalową nogę krzesła, usiadł na podłodze.
- Pierogi mówisz? Tylko ja nie bardzo wiem, gdzie tu można coś takiego zjeść - westchnął i podrapał się po głowie.
- To może zapytasz wujka? - powiedział, ale nie tak jakby służył dobrą radą, ale jakby miał powiedzieć, że Bartkowi przydałoby się od czasu do czasu użyć mózgu.
- No co ty - starszy wystawił mu język i już sięgał po telefon, gdy nagle coś mu się przypomniało. - Dupa, oni teraz trening mają.
- No to chodźmy na trening, a po treningu na pierogi.
- A nie możesz zjeść frytek albo hamburgera?
- To niezdrowe, śmieciowe jedzenie i jeżeli chcesz żebym prawidłowo się rozwijał muszę jeść zdrowo - wypiął dumnie pierś, jakby powiedział coś przynajmniej na miarę nagrody Nobla. - W telewizji słyszałem. I nie krzycz - powiedział, zanim Kurek zdążył wydobyć jakikolwiek dźwięk z gardła. - To był program dla dzieci.
- No dobra, niech będzie, ale dlaczego pierogi, a nie kotlety albo brokuły?
- Brokuły - na samo to słowo się wzdrygnął. - Zanim je zjem to się porzygam.
- Przecież to zdrowe jedzenie.
- Bez przesady, dobra? Ja chcę pierogi i koniec! - założył ręce na piersi i wrogo spojrzał na Bartka, ale widząc, że ani trochę to na niego nie działa przyjął zupełnie odwrotną taktykę. -  Tatuś no proszę - wstał z podłogi i podszedł do tego z odstającymi uszami. -  Tak bardzo chce mi się jeść, a tak dawno nie jadłem pierogów - złożył ręce jak do modlitwy i posłał mu błagalne spojrzenie.
- Niech będzie - westchnął siatkarz, a Młody z szerokim uśmiechem pobiegł do przedpokoju by założyć buty.
- No idziesz?
- Idę, idę.
Kurasiowi nie bardzo uśmiechało się biegać na Podpromie, gdy nie było to potrzebne. W takich momentach wzrastał prawdopodobienstwo spotkania tam kogoś, kogo spotkać raczej by nie chciał. Dawno ta sprawa powinna być wyjaśniona, ale ani on ani ta druga strona jakoś do wyjaśnień się nie rwali. Zresztą Kurek twierdził, że to w żadnym stopniu nie jest jego wina i raczej miał rację, bo jak można mieć pretensje do kogoś, kto daje dom i rodzinę małemu dziecku? Bartek przez te sześć lat dowiedział się, że można i to od osób od których nigdy by się tego nie spodziewał.
Młody przez całą drogę ciągle coś gadał, ale Kurasiowi jakoś nie bardzo było to na rękę. Chciał się chociaż przez chwilę wyciszyć, a nie ma nic lepszego na wyciszanie niż spacer. Bartuś miał jednak asa w rękawie. Jakoś tak od trzech lat, a dokładniej od kiedy Mikołaj zaczął zbyt dużo mówić, siatkarz nauczył się wyłączać zmysł słuchu. Jakim cudem to robił? Sam tego nie wiedział, ale to był jeden z największych sukcesów w jego życiu. Miki mógł się swobodnie wygadać, a Kuraś odprężyć i porozmyślać jakby wokół niego panowała zupełna cisza. Jak to mówią wilk syty i owca cała.
- No i co o tym myślisz? - to pytanie wyrwało go z rozmyślań. To właśnie był jedyny minus tego daru.
- Yyy... nooo... tak, myślę że tak.
- Serio?! - krzyknął uradowany. - Kupisz mi konsole? No normalnie cię kocham!
- Ale... - próbował jakoś jeszcze z tego wybrnąć.
- Już powiedziałeś - przytulił się do niego i z szerokim uśmiechem pognał pod hale, zatrzymując się przy drzwiach.
- Co za dziecko - Bartek zaśmiał się sam do siebie i w takim samym tempie co przed chwilą jego syn dotarł do hali. W holu przywitała ich miła recepcjonistka, która wcześniej poinformowana o tym, że Kura będzie nowym nabytkiem Sovii, nie robiła żadnych problemów z wejściem na parkiet.
- Matko, jakie to wielkie - stwierdził Mikołaj, rozglądając się po korytarzu.
- No, wielkie - przytaknął mu. Fakt faktem, Podpromie to piękna hala, która nie jednemu zapierała dech w piersiach. Może nie tak jak Spodek albo krakowska arena, ale zawsze jakoś.
- No kogo moje piękne oczy widzą - usłyszeli za plecami dobrze znany im obu głos.
- Wujeeek - pisk Mikołaja roszedł się po całym budynku, a chłopak już po kilku sekundach tonął w żelaznym uścisku Krzyśka.
- Cześć smarku - poczochrał mu jeszcze włosy i odstawił na podłoge, poczym podszedł do Bartka i mocno do siebie przytulił, prawie tak jak Mikołaja przed chwilą. -  Czemu nie zadzwoniłeś? Przecież przyjechałbym po was na lotnisko.
- Spokojnie Krzysiu, daliśmy sobie radę.
- Mieliśmy prywatnego szofera - powiedział najmłodszy, a Krzysiek z uznaniem pokiwał głową.
- Przecież ty zaczynasz treningi od poniedziałku - zwrócił się do Kuraka - to co tu robisz?
- Wpadłem się zadomowić - uśmiechnął się szeroko.
- Przyznajcie się, przyszliście popatrzeć jak gra prawdziwy mistrz - wypiął dumnie pierś i nonszalancko zaczesał włosy.
- Ta jasne - zaczął Mikołaj - przyszliśmy na pierogi - no i nonszalancje Igły trafił szlak a zastąpił ją głośny śmiech. - Ty na bank wiesz gdzie są najlepsze.
- Pewnie, że wiem. Najlepsze są u mnie w domu.
- No to idziemy na pierogi do ciebie.
- Mikołaj! - upomniał go przyjmujący... to znaczy atakujący... a tam, jak kto woli. - Nie wolno się tak wpraszać - powiedział a Młody lekko zawstydzony spuścił głowę.
- Nie słuchaj ojca - Ignaczak puścił mu oczko. - Do mnie możesz się wpraszać kiedy tylko chcesz.
- Krzysiu, nie będziemy robić ci...
- Daj spokój, zresztą gdybyście nie przyszli to pierogi zjadłbym dopiero na święta a takto i ja skorzystam, a i Iwonka się ucieszy. Same korzyści po prostu.
- No widzisz - blondynek spojrzał na ojca.
- Idziecie ze mną na parkiet?
- Może lepiej pocze... - zaczął ten od Monte, ale ktoś nie pozwolił mu dokończyć.
- Taaak - krzyknął Mikołaj, a Kurek tylko głęboko westchnął.
No i poszli razem z Igłą na ten parkiet. Znaczy Kurek poszedł Mikołaj natomiast pobiegł, a Krzysiek za nim. Chłop ma ponad trzydzieści lat, właściwie to bliżej mu już do czterdziestki, a zachowuje się jak dzieciak.  Ba! On czasami zachowuje się jak Bartek, a to już jest przesada. Mikołaj wpadł na salę i w ułamku sekundy dostrzegł na boisku tak dobrze znanego mu bruneta, który siedział na podłodze plecami odwrócony do wejscia. Chłopak nigdy nie uchodził za wstydliwego, a wręcz odwrotnie, więc na palcach, uprzednio kładąc palec na ustach, by żaden z siatkarzy, który przyglądał się temu zajściu nie puścił pary z ust, podreptał w jego stronę. Dopiero kilkanaście kroków od niego rozpędził się i wskoczył mu na plecy. Zbyszek nieco zaskoczony podniósł oczy ku górze i zobaczył, że zamiast kruczoczarnych włosów z czoła zwisają mu blond kosmyki.
- Cześć Batmanie - usłyszał ten jeszcze piskliwy głosik, a po chwili poczuł jego małe dłonie na swoich policzkach.
- Miki - Zibi krzyknął, a właściwie pisnął, tak jak Mikołaj jeszcze niedawno. Odgłos wydobywający się z krtani siatkarza, bardzo rozśmieszył resztę zawodników i Kurka, który zdążył już dojść. Jego pisk sprawił nawet, że na ustach jednego z Resoviaków, który od pewnego czasu uchodził za kompletnego gbura, pojawił się nikły uśmiech. Bartman natomiast nie czekając dłużej ściągnął chłopca z pleców, tak że Mikołaj wylądował głową na jego nogach. To znowu wywołało śmiech u chłopaków, nawet tych uczestniczących w zajściu. Atakujący mocno go do siebie przytulił, właściwie to tak samo jak Ignaczak.
- Wujek, dusisz - wysapał z ledwością.
- A, sorry - natychmiast poluzował uścisk. -  Gdzie masz ojca?
- Tam gdzieś łazi - wskazał głową na drzwi, w progu których stał wyżej wspomniany. Brunet wstał i szybko podszedł się przywitać.
- Dlaczego nie mówiłeś, że przylecicie? Przecież bym po was wyjechał.
- To samo mu mówiłem - wtrącił się Igła.
- Spokojnie, daliśmy sobie radę - uśmiechnął się do siatkarzy.
Jak to się stało, że Zbyszek został jednym z najlepszych przyjaciół naszego Uszatka? Właściwie to on stał się jego rodziną. To wszystko zaczęło się, gdy Bartek zdecydował się zaopiekować Mikołajem. W tamtym czasie odwrócili się od niego właściwie wszyscy najbliżsi. Został mała garstka. Niewiele osób, których nawet by o to nie poprosił, jak właśnie Ignaczak, który notabene został chrzestnym Mikiego, czy Zbyszek z którym właściwie zawsze darł koty. Gdy siatkarze dowiedzieli się jak życie Bartka wywróciło się do góry nogami, stwierdzili, że chociaż Kurek nie zasłużył to trzeba mu pomóc i pomogli, a przy okazji sprawili, że w życiu Kurasia zaświeciło słońce. Chłopcy nie byli tylko w stanie zalać dwóch ran, które chodź się zarastały to po pewnym czasie rozlewały się na nowo. Jedna z tych "ran" siedziała na trybunach i obdarowywała go pogardliwym spojrzeniem, a po chwili, gdy chyba już znudziło mu się wgapianie w Kurasia prychnął coś pod nosem i wyszedł z sali.
- Po treningu idziemy na ciacho, co ty na to? - Zbyszek zwrócił się do Mikołaja.
- On idzie na pierogi - odparł Igła.
- Pierogi mogą poczekać -  młodzieniec machnął ręką.
- Przejmujesz się nim? - spytał brunet, gdy zauważył zmieniony wyraz twarzy u Bartka.
- Mamy grać razem w klubie. Chciałbym zakopać już ten topór.
- Topór? - spytał Miki, wytrzeszczając swoje piękne oczęta. - To my mamy jakiś topór?!


                                                                        ***

    Miłka siedziała na wysokim krześle i obserwowała jak jej mały skarb bazgrze coś na kartce, a nie przepraszam, on coś rysuje. Po prostu chłopak ma abstrakcyjny talent artystyczny. Proste. Rozglądała się również po swoim ukochanym miejscu, przez które dzienne przewijają się tabuny ludzi. Miłka w wieku 25 lat osiągnęła wszystko czego chciała. Miała bardzo dobrze prosperującą cukiernie, która z czasem stała się również kawiarnią. Lukrecja to było spełnienie jej dziecinnych marzeń, które przełożyło się na lokal, okrzyknięty najlepszym na ziemi rzeszowskiej. Miała też cudownego syna, którego nie zamieniłaby na nic i kochających rodziców, których pomoc była nie do opisania. Brakowało jej tylko mężczyzny przy boku, który pokocha ją mimo wszystko i tak po prostu. Przez sześć lat poszukiwań niestety trafiała na samych... hmmm... debili, którzy nie widzieli nic poza czubkiem własnego nosa, a dziecko uważali za chorobę zakaźną. Nawet tłumaczenia, że Kacper to nie rzeżączka nic nie dawały, no jak grochem o ścianę! Powoli zaczynała tracić nadzieję, że nie ma na tym świecie normalnych facetów, wolnych i normalnych. Miała takich swoich dwóch ulubieńców, a mianowicie starszego brata no ale brat to brat, więc związek nawet nie wchodził... bleee... to obrzydliwe!  No i był jeszcze Patryk. Barista a zarazem kelner w jej lokalu. Chłopak wręcz cudowny. Nie dość, że lubi dzieci to jeszcze jest zabójczo przystojny i ma taki rodzaj poczucia humoru, które kobiety kochają najbardziej, czyli elokwentny, a nie chamski i prostacki, bo nie jest sztuką, moi mili Panowie, żartować z kogoś, a sztuką jest żartować tak, żeby nikogo nie urazić, a wszystkich rozbawić. Niestety i ten cudowny Patryk miał jedną wadę, a mianowicie narzeczoną. Niby mówią, że laska nie ściana da się przestawić, ale po pierwsze Miłka by tak nie mogła, a po drugie za bardzo lubi Martynę, żeby zrobić jej coś takiego.
- Mamo i jak? - Kapi podbiegł do dziewczyny i pokazał jej rysunek. -  Ładny?
- No śliczny - stwierdziła, usilnie przyglądając się kartce, bo ni ciuwy nie wiedziała co na niej jest.
- Mówisz? To co tam narysowałem?
- Yyy... nooo... widzę tu... drzewo? Tak, tu napewno jest drzewo! I jakiś domek albo buda dla psa...
- Mamooo - chłopiec jęknął i załamał ręce. - To są zwykłe kreski przecież! Twierdzisz, że wszystkie rysunki są super to Cię sprawdzić chciałem, no i wyszło szydło z worka - przepraszam, czy oprócz mnie ktoś jeszcze nie uwierzy, że ten dzieciak ma sześć lat?
- Boże, jak dobrze! Już myślałam, że coś z głową u ciebie nie tak - zaśmiała się i pomogła wejść mu na krzesło.
- Mamo, no!
- Też Cię kocham - wysłała mu w powietrzu soczystego całusa. -  Chcesz soku?
- Chce ciastko.
- Nie mam mowy. Już jedno zjadłeś.
- No ale mamuś...
- Nie ma mowy! Powiedziałam już.
- Ale to ty masz cukrzycę a nie ja - założył ręce na piersi i przyjął postawę bodącego byka.
- A chcesz się jej nabawić i brać trzy razy dziennie zastrzyki? - na samo to słowo chłopak się wzdrygnął.
- Matka znowu cię cukrzycą straszy? -  zapytał Patryk, pojawiając się nie wiadomo skąd. - Nie słuchaj jej tylko trzymaj - podał mu wielkiego ptysia i nim Miłka zdążyła zareagować, chłopczyk pobiegł z łakociem do stolika.
- Patryk!
- Matka, dziecku będziesz żałować? No zobacz jaki jest wesoły - faktycznie, wcinał aż mu się uszy trzęsły. Oczywiście marząc się przy tym jak dwulatek. - I faktycznie, to ty masz cukrzycę a nie on, więc od czasu do czasu nawet cały dzień na słodyczach mu nie zaszkodzi.
- Może i racja... - dziewczyna lekko się zamyśliła.
- A jaśnie pani to zamierza w ogóle dzisiaj stanąć koło mnie,  czy sam mam zachrzaniać?
- A mógłbyś?
- I co jeszcze? Może tort zrobię?
- Lepiej nie - stwierdziła brunetka i przeskoczyła przez lade. Jednak dusza sportowca w niej została. - Dzisiaj bawisz się w kelnerke - oznajmił, przerzucając jej szmatke przez ramię.
- A ty gdzie? - spytał, gdy zobaczyła gdzie kieruje się przyjaciel.
- Na przerwę -  i tyle go było widać.
Dla Miłki to była żadna kara. Pieczenie i w ogóle przebywanie w kuchni było jej największą pasją, ale uwielbiała także prace z klientami. Kochała z nimi rozmawiać. Większą część znała już dobrze, tą mniejszą dopiero poznawała, ale i tak twierdziła, że wszyscy z Lukrecji  to jedna wielka rodzina. Czas mijał a Patryka ciągle nie było. Dziewczyna nie miała do niego o to pretensji, bo domyślała się gdzie może teraz być, ale zadzwonić to chociaż mógł. W sumie... to szło jej bardzo dobrze. Do czasu, gdy jakiś słup nie zastawił jej przejścia i cała zawartość tacki, czytaj :dwie szklanki soku porzeczkowego i torcik czekoladowy nie wylądowały na jego koszuli. Od kiedy słupy noszą koszule?
___________________________
Wesołego Alleluja!
Witam was kochani :D
Wreszcie udało mi się coś tu nabazgrolić :D nie obiecuję że rozdziały będą pojawiać się tu częściej ale obiecuję że się postaram pisać je częściej :D może nie jest on zbyt ciekawy i... śmieszny? a chciałam żeby taki był no ale cóż nie zawsze jest tak jak tego chcemy :/ brak komediowego talentu też robi swoje...  po co ja zaczęłam to pisać?! ocenę pozostawiam wam :) za wszelkie błędy przepraszam :D
Buziak :*
PS. Mokrego Dyngusa! :D

niedziela, 21 lutego 2016

Wyjaśnienie!

Kochani!
Kilka słów wyjaśnienia. Nie zrezygnowałam z tego bloga i zamierzam go prowadzić dalej, ale... no właśnie ale.  Chciałabym najpierw skończyć Włodarczyka, który zabiera mi większość wolnego czasu przez co nie moge pisać i tu i tu. Mam nadzieję, że zostaniecie ze mną mimo to i cierpliwie poczekacie :) może niedługo coś się tu pojawi ale nie obiecuję :l

Ściskam ♥

niedziela, 20 grudnia 2015

Prolog

On..

        Uszaty od zawsze był typem faceta, który lubił się zabawić. Imprezy, spontaniczne wypady na miasto, luźne randki, które kończyły się nie trzeba mówić gdzie, były jego codziennością. To chyba wynikało z tego, że on nie lubił być sam, ale też nie preferował ciągle tego samego towarzystwa, dlatego dbał o to, by każdej poimprezowej nocy budziła się przy nim inna przedstawicielka płci pięknej, chociaż "pięknej" to dla nich za duże słowo, raczej przedstawicielka plastikowych lalek z dwoma centymetrami gładzi szpachlowej na twarzy. Swoją drogą, ciekawe co mężczyźni widzą w takich dziuniach... A gdy zdarzył się już taki wyjątek, że Siurek pozwolił którejś z tych dam  zagościć w swoim siatkarskim światku na dłużej, to musiała ona reprezentować jedną, z jakże istotnych cech: albo musiała być w jego mniemaniu zajebiście ładna, albo zajebista w łóżku, a gdy miała obie te cechy, to miała szanse cieszyć się siatkarzem nawet przez TRZY MIESIĄCE! Brzmi śmiesznie, a nawet żałośnie, ale taka niestety był prawda, smutna prawda, w jaki sposób Bartek traktował kobiety. Miał on też przyjaciół, o których myślał, że wskoczyli by za nim w ogień, tak jak on za nimi, ale nie do końca tak było. Z szerokiego grona ludzi, którzy byli dla niego jak rodzina, została mała garstka, których członków można by było policzyć na palcach jednej ręki. Wtedy dopiero zrozumiał, że  przyjaciół poznaje się w biedzie. I mimo, że stracił tamto dawne, beztroskie życie, w którym nie było zmartwień i kłopotów nigdy nie żałował swojej decyzji, bo mimo wszystko to ON już pierwszego dnia stał się dla niego najważniejszy. Ktoś kto sprawił, że Bartek powoli zaczynał się czuć spełniony. I nie, to nie są żadne gejowskie wyznania, tu chodzi po prostu o relacje między...
- Barteeek- siatkarz usłyszał głos sześciolatka, który dochodził z jego pokoju.
- Co tam? - spytał, wchodząc do pomieszczenie i przyglądając się poczynaniom swojego syna, który z łóżka zrobił sobie trampolinę. 
-  Jeść mi się chce.
- No to idź do kuchni i sobie coś weź - odparł ten starszy.
- Ale ja chcę obiad - jęknął i zeskoczył z łóżka, po czym wyminął ojca i skierował się do salonu, gdzie odszukał jego telefon.
- O nie! - odparł, gdy domyślił się co kombinuje najmłodszy z rodu Kurków.
- No ale dlaczego nie? - tym razem nie jęknął tylko głośno zawył.
- Bo nie - odparł siatkarz - i nie patrz tak, bo ten wzrok już od dawna na mnie nie działa - stwierdził, zakładając ręce na piesi.
- Bo nie, to nie jest odpowiedź! - oburzył się blondynek.
- Możemy się umówić tak, że jak skończę to coś ugotuje albo zjemy na mieście z Natalią, hmm?
- Zanim ty skończysz, to minie ruski rok, a ja jestem głoodnyyy - stwierdził płaczliwym głosem.
- Nie przesadzasz trochę?
- No proszę - złożył ręce jak do modlitwy i spojrzał na niego smutnym wzrokiem.
- Dobra, zamów sobie - westchnął głośno.
- Ale chciałbym ci przypomnieć, że jesteśmy we Włoszech, a ja nie umiem po włosku - powiedział, podając telefon Bartkowi.
- Jaką chcesz tą pizzę?
- Z podwójnym serem - wyszczerzył się szeroko.
- Ale zaraz - podejrzliwie popatrzył na chłopca - przecież Natalka niedługo wraca.
- No i?
- No i ona coś ugotuje - odpowiedział takim tonem, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
- Taaa, kiełki albo gorczyce - fuknął.
- Soczewice  Młody, soczewice - zaśmiał się przyjmujący.
- Jedno i to samo.
- Dobra, przekonałeś mnie.
- Huuuraaaa jemy pizze, jemy pizze!
- Tylko Natalka ma się nie dowiedzieć, jasne?
- Ja tej zołzie nic nie powiem.
- Mikołaj! - siatkarz zdziwiony spojrzał na chłopca.
- No co?
- Jeszcze się pytasz co?! Skąd ty w ogóle znasz takie słowo?!
- Z telewizji... - odpowiedział niepewnie.
- No to właśnie masz na nią szlaban!
- No ale ja tylko prawdę mówię!
- Miki - Kurek przykucnął tak, by popatrzeć w oczy blondynka. - Ja wiem, że ty za nią nie przepadasz...
- Ja jej nie znoszę - przerwał siatkarzowi.
- Ale pomyśl o tym, że ona niedługo zostanie moją żoną i twoją...
- Nie! Moją mamą nigdy nie będzie! - krzyknął i pobiegł w stronę swojego pokoju.
- Mikołaj!
- Jak chcesz się z nią żenić to się żeń, ale beze mnie! - oznajmił, po czym trzepnął drzwiami, z niespotykaną u chłopca w jego wieku siłą.
Siatkarz tylko głęboko westchnął i wrócił do pakowania drobiazgów, które zagracały cały salon. Wiedział, że chłopak nie toleruje obecności w ich życiu Natalki. Miał nadzieję, że z biegiem czasu się przyzwyczai, ale nic takiego nie nastąpiło, a właściwie było coraz gorzej. Zaczynał nawet zauważać, że Mikołaj się z nią męczy, a Natalia wcale mu tego nie ułatwiała, dogryzając mu na każdym kroku. Siatkarz miał czasem wrażenie, że ona nie znosi go tak samo jak on jej i wcale się nie mylił, ale nie chciał kończyć tego, co razem zbudowali przez 3 lata. Natalia jako jedyna nie uciekła, wiedząc o Mikołaju, jako jedna z nielicznych z nimi została i może jakoś nigdy się nim nie zajmowała, twierdząc, że nie przepada za dziećmi to Kurasiowi wystarczyło, że po ciężkim dniu może usiąść na kanapie i po prostu z kimś porozmawiać. To nie była wielka miłość od pierwszego wejrzenia, w którą zresztą nigdy nie wierzył, to nawet przez długi czas ze strony siatkarza nie było żadne uczucie, a raczej przyzwyczajenie, ale z czasem zaczął się do tego wszystkiego przyzwyczajać, aż w końcu coś do niej poczuł i pozwolił, żeby to uczucie w nim kiełkowało. Potem przyszedł wyjazd do Rosji, na który zgodziła się bez problemu, następnie do Włoch, a potem oświadczyny, które notabene nie wyszły z inicjatywy siatkarza. To dziewczyna stwierdziła, że nadszedł czas wreszcie sformalizować ich związek i chociaż wszyscy mu to odradzali, zgodził się. Przynajmniej miał z głowy pierścionek, który kobieta wybrała sobie sama. Nie mniej jednak bał się co będzie dalej. Miał świadomość tego, że Mikołaj może jej nigdy nie polubić, a wtedy męczyliby się już wszyscy.
Minęło pół godziny, godzina, półtorej a mikołaj nie wyszedł ze swojego pokoju nawet na chwilę. Kurek wiedział, że Młody jest na niego śmiertelnie obrażony, tak jak zawsze po rozmowie na temat ślubu czy jego związku z Natalką. Gdy wszystkie rzeczy z salonu znajdowały się już w kartonach, siatkarz postanowił zajrzeć do młodzieńca. Mikołaj leżał na łóżku i tępym wzrokiem wpatrywał się w sufit.
- Zamawiamy tą pizze? - spytał ciepło.
- Nie - odpowiedział wrogo i odwrócił się plecami do Bartka.
- Mikołaj, proszę... - usiadł na skraju materaca.
- Ja też ciebie prosiłem.
- Ale ja... ja ją kocham.
- Aha, fajnie, a to czy ja ją lubię to już nie ważne, tak? - zapytał i zeskoczył z łóżka, po czym wyszedł z pokoju. Kurek tylko głęboko westchnął i przewrócił oczami, w myślach przeklinając, że Mikołaj mimo swojego wieku jest tak cholernie bystry. Po chwili i Bartek pokierował się do kuchni.
- No to skoro nie chcesz, żebym zamówił pizze, to może pójdziemy na plac zabaw, a jak będziemy wracać to pójdziemy do pizzeri*, albo zrobimy ją sami, co ty na to?
- Ale bez niej?
- Jeżeli tak chcesz.
- To możemy iść - powiedział smutno i poszedł do przedpokoju żeby założyć buty.
Piętnaście minut później obydwaj kierowali się do pobliskiego parku, ale mimo licznych prób ze strony Bartka, w celu nawiązania z chłopcem jakiejkolwiek rozmowy, ciągle panowała między nimi cisza. Chłopiec od razu, gdy tylko zobaczył huśtawki szybko do nich  pobiegł zostawiając starszego w tyle. Bartek podszedł bliżej placu zabaw, by mieć chłopca na oku i usiadł na ławce, by nacieszyć się ostatnimi promieniami włoskiego słońca. Po chwili błogiego spokoju rozdzwonił się jego telefon. Przyjmujący niechętnie wyjął telefon z kieszeni, ale gdy zobaczył kto dzwoni od razu uśmiech wkradł mu się na buzie.
- Witam moją ulubioną gwiazdę siatkówki - usłyszał po drugiej stronie słuchawki.
- Ale z ciebie lizus - stwierdził cicho się śmiejąc.
- Dobra dobra, ty płacisz, ja się podlizuje. Czyli co? Za dwa dni widzimy się w Rzeszowie?
- No na to wygląda.
- Bilety masz już zamówione, ale pewny jesteś, że chcesz trzy a nie dwa?
- Rysiu, proszę cię nie zaczynaj jeszcze ty.
- Jeszcze ja?
- Młody odkąd dowiedział się, że planujemy ślub nie daje mi żyć. Uważa, że to wszystko robię  mu na złość.
- Wcale mu się nie dziwie - powiedział szybko, Bosek, mając nadzieje, że jego klient  nie usłyszy.
- Ty też?
- Bartek, to nie jest kobieta dla ciebie. Ona jest z tobą tylko dla hajsu i...
- Skończ! - warknął zdenerwowany. - Jesteś moim managerem, a nie ojcem! Nie mam zamiaru słuchać cię w innych sprawach niż tych dotyczących mojej kariery!
- A może powinieneś! Dobra, nieważne. Więcej się nie będę odzywał, jaśnie panie. Ale wiesz jak trudno jest patrzeć jak osoba bliska twojemu sercu marnuje sobie życie?! Zresztą... nieważne. Do niedzieli.
- Ry... - nie dokończył, bo po drugiej stronie usłyszał tylko sygnał zerwanego połączenia. - Kurwa - zaklął siarczyście, nie wiedząc, że Mikołaj stoi tuż obok niego. Chłopiec tylko spojrzał na opiekuna, jak na idiotę i popukał się w czoło.
- Nie słyszałeś tego, jasne?
- No nie wiem, nie wiem. Ta niewiedza kosztuje - stwierdził, siadając obok niego.
- Ty mały materialisto - Kurek wycelował w niego palcem. - Ile?
- Duże lody z polewą i posypką.
- Nie ma mowy! Co najwyżej małe.
- A chcesz, żebym powiedział cioci, że przy mnie przeklinasz?
- Sprzedałbyś mnie? - siatkarz spojrzał na niego z udawanym smutkiem i wytarł wyimaginowaną łzę.
- Za duże lody? Pewnie - obojętnie wzruszył ramionami.
- Boszeee... kogo ja wychowałem - załamał się przyjmujący.
- To jak? Diil? No Bartuś...
- Nie mów do mnie "Bartuś"!
- To jak? Kuraś? Albo nie, czekaj jak to mówi na ciebie wujek? Siurek? - zapytał roześmiany.
- Osz ty... - wysyczał i rzucił się w pogoń za chłopcem, który jakby przeczuwał co się stanie i od razu po wypowiedzianych słowach zaczął uciekać. Długo ta bieganina im nie zajęła, bo już po niespełna minucie Bartek złapał chłopczyka i przerzucił go sobie przez jedno ramie, powodując, że śmiech malucha słyszała połowa Maceraty.
- Puść mnie - zaczął piszczeć, ale to i tak nie dawało żądnych rezultatów, a wręcz przeciwnie, bo jego opiekun zaczął się dodatkowo kręcić z nim w koło. - Już nie chcę tych lodów, tylko mnie puść!
- Za mało...
- Obiecuję, że nigdy już nie powiem nic cioci!
- Na pewno? - upewnił się, przystając na chwilę.
- Na stówę!
- Dobra, to leć po bluzę, która leży na ławce i idziemy na ta pizze - sześciolatek  nie czekając ani chwili pobiegł w stronę placu zabaw, na którym bawił się kilkanaście minut wcześniej. Kurek natomiast porozglądał się jeszcze trochę po parku, do którego przychodził przez ostatnie dwa lata. Jednak jego wzrok przykuła para, która obściskiwała się na środku ścieżki. Niby nic takiego, ale on miał wrażenie, że nie tyle co chłopaka, ale dziewczynę skądś zna. Niby była odwrócona do niego plecami, ale poznawał jej sylwetkę. Na jego szczęście, a może nieszczęście chłopak nagle podniósł ją do góry i okręcił tak, że teraz stała wprost siatkarza. Gdy Kurek zorientował się kim jest owa dziewczyna serce podeszło mu do gardła, a pięści samoistnie się zacisnęły. Ale nic w tym dziwnego. Jego Natalia, na jego oczach lizała się z jakimś Włochem, ale najgorsze było wtedy, gdy blondynka go zauważyła i nie zrobiła nic, tylko z cwaniackim uśmiechem do niego pomachała, po czym najzwyczajniej w świecie odeszła, trzymając tego gacha za rękę. Bartek nawet nie zdążył zareagować, bo dosłownie sekundę po tym zdarzeniu Młody wrócił z zapytaniem, czy idzie. Kurek nic mu nie powiedział, bo nawet nie wiedział co miałby mu powiedzieć. On sam nie wiedział co zobaczył. Przecież miał z nią stworzyć coś niezniszczalnego, miał założyć z nią rodzinę, której mu tak cholernie brakowało. Nie mógł uwierzyć, że Natalka, jego Natalka, tak perfidnie zagrała na jego uczuciach. Jedyne na co miał wtedy ochotę to zaszyć się w swoim pokoju i zapomnieć o ty co miało miejsce jeszcze niedawno, dlatego pizze wziął na wynos i dzięki temu, kilkanaście minut później mógł siedzieć w swoim mieszkaniu, a właściwie na balkonie tego mieszkania i zastanawiać się, czy to co widział  na pewno się zdarzyło, czy może wzrok go  mylił. Sam nie wiedział co ma o tym wszystkim myśleć. Jedyne czego był pewien to tego, że blondynka nie zasługuje na to, żeby być jego narzeczoną, a właściwie nie zasługiwała, bo po tamtym zdarzeniu już nią nie była. Ale i tak, pomimo wszystko serce bolało i nic tego bólu nie było w stanie ukoić.
- Boisz się? - usłyszał głos Mikołaja, który dochodził zza jego pleców. Niepewnie na niego popatrzył i poklepał swoje kolana, dając mu znak, żeby na nich usiadł. Chłopiec po chwili już mocno wtulał się w siatkarza.
- Ale czego? - spytał przyjmujący, gładząc chłopca po głowie.
- Polski.
- Nie, tęsknię za Polską i cieszę się, że wreszcie tam wrócę.
- Ja się boję - przyznał niepewnie.
- Przecież lubisz tam jeździć...
- Lubię, ale na trochę, a nie na tak długo.
- Przyzwyczaisz się. Młody, Polska to nasza ojczyzna. Zawszę ci mówiłem, żebyś nigdy się nie wstydził skąd pochodzisz - dał mu pstryczka w nos, powodując że Miki cicho się zaśmiał, a po chwili jeszcze mocniej się w niego wtulił. - Kocham cię.
Niby nic, niby zwykłe dwa słowa, a ile potrafią dać szczęścia. Kurek słysząc je lekko się uśmiechnął i objął blondyna.
- Ja ciebie też, synku. Wiesz, mam dla ciebie prezent - oznajmił, co spowodowało, żę Młody dziwnie na niego popatrzył.
- Jaki?
- Złaź to ci pokarze - chłopczyk natychmiast zeskoczył z kolan ojca i popędził za nim do jego sypialni.
- Ale co to? Ten samochód na pilota co ci pokazywałem?
- Nieee. Coś lepszego - poruszał zabawnie brwiami i podszedł do szafy, po czym otworzył stronę, która należała do Natalii - Pakujemy?
- Wooooow - chłopczyk przewrócił zabawnie oczami. - Ale mi niespodzianka - stwierdził i odwrócił się na pięcie, by wyjść z pokoju.
- Pakujemy i wywalamy? - spytał z delikatnym uśmiechem, bo spodziewał się że reakcja Mikołaja będzie o wiele bardziej entuzjastyczna niż poprzednia i nie pomylił się. Chłopiec szybko odwrócił się w stronę ojca i z niedowierzaniem na niego spojrzał.
- Ale tak, że już na amen? Kaplica?
- Na amen.
- Dawaj walizkę - podciągnął wyimaginowane rękawy co wywołało śmiech u siatkarza. Ale o nic więcej nie pytał, tylko ochoczo zabrał się za pakowanie. Nie minęła nawet godzina, a wszystkie rzeczy dziewczyny leżały już w walizkach. Chłopaki usiedli na łóżku i przez dobre 10 minut w ogóle się nie odzywali. Pierwszy głos zabrał młodszy z rodu.
- Dlaczego to? - spytał, wskazując ruchem głowy walizki. - Jak to przeze mnie to możemy je znowu rozpakować.
- Nie synu, to nie przez ciebie - stwierdził i przygarnął chłopca do siebie. - Czasem po prostu ludzie zmieniają swoje decyzje.
- Tak szybko?
- Mhmm... tak szybko... ale nie martw się wszystko jest w porządku.
- Napewno? 
- Na sto procent - odpowiedział, pstrykając go w nos. 
- Pizza nam wystygła - stwierdził po chwili niezbyt zadowolony. 
- Myślałem, że ją zjadłeś. 
- Chciałem poczekać na ciebie - powiedział, podnosząc się z łóżka. - Może zrobimy sobie ją sami? 
- Synu, nie mam dzisiaj nastroju - westchnął siatkarz, patrząc na Mikołaja zmęczonym wzrokiem. 
- A, no dobra - powiedział smutno i spuścił głowę. 
- Wystawimy to na klatkę i zrobimy tą pizze, dobra? -  spytał sześciolatka, a on z uśmiechem pokiwał głową. Taki właśnie był Bartek. Zrobiłby wszystko, żeby tylko Miki był szczęśliwy. Nie liczyło się to, że miał parszywy humor, że przed kilkoma godzinami dowiedział się, że jego ukochana nie jest mu wierna, że najchętniej zaszyłby się w pokoju i więcej z niego no wychodził, że miał wrażenie jakby jedna część jego świata zniknęła bezpowrotnie, liczył się  tylko ten mały blondynek, którego szczęście Kurek stawiał ponad wszystko. 
 Jak powiedział tak zrobił. Szybko wystawił rzeczy Natalii przed drzwi, ale niestety na jego nieszczęście, gdy sięgał po ostatnią walizkę w progu stanęła ona.
- Co ty robisz?! - spytała oburzona.
- Ślepa jesteś - starał się to wypowiedzieć jak najbardziej neutralnym tonem, ale złość w nim aż kipiała. - Czy może zbyt głupia by to zrozumieć?
- Co ty sobie wyobrażasz?!
- Ja?! Co ja sobie wyobrażam?! A ty co sobie wyobrażasz sypiając z innym?!
- O matko.. ty wszystko traktujesz tak poważnie - zaśmiała się sztucznie (w sumie pasowało to do jej osoby) i podeszła bliżej Bartka, by zarzucić mu ręce na szyję, ale Kuraś szybko cofnął się w tył. - Musiałam się jakoś rozerwać, czy to tak trudno zrozumieć? Zresztą, w niedzielę wyjedziemy do Polski to sypianie się skończy - wzruszyła obojętnie ramionami i ruszyła w kierunku salonu, ale na jej drodze stanął ten z którego w prostym tłumaczeniu robiła sobie najzwyklejsze jaja, a po chwili zza jego pleców wychylił się młodszy z rodu.
- Z nami koniec - powiedział pewnie, patrząc jej prosto w oczy.
- Co?! Nie możesz ze mną zerwać?!
- Nie? To patrz - pstryknął palcami - własnie to zrobiłem.
- Przecież, mamy brać ślub!
- Koniec to koniec - odezwał się Mikołaj, wyłaniając się zza pleców ojca. - Czyto tak trudno zrozumieć?
- Ty wstrętny bachorze - syknęła w jego stronę, a on w odpowiedzi zmrużył wrogo oczy.
- Wyjdź stąd.
- Nie możesz, przecież...
- Wynoś się! - krzyknął na tyle głośno, że najmniejszy z towarzystwa o mało nie zszedł na zawał.
- Jeszcze tego pożałujesz. Zniszczę cię!
- Fajnie. Jak będziesz wychodziła to zamknij drzwi - po tych słowach blondynka wpadła w jakąś furię. Złapała wazon, który stał na szafce przy wejściu i cisnęła nim w Kurka. Na szczęście przyjmujący zdążył się schylić i szklane naczynie roztrzaskało się na ścianie zamiast na kurkowej facjacie. Fuknęła jeszcze coś pod nosem i po chwili wyszła trzaskając drzwiami.
- I ty naprawdę chciałeś się z nią żenić? - Młody spojrzał na Uszatego jak na jakiegoś debila.
- Sam się sobie dziwie - westchnął głęboko.

Ona..


             Miłka, ach ta Miłka. Dziewczyna, która była zupełnym przeciwieństwem Bartka. Niezorganizowana, zapominalska, wiecznie roztrzepana. Jej rodzice twierdzili, że jak tak dalej pójdzie to kiedyś zapomni swojej głowy. Przez swoje zachowanie była źródłem żartów swoich przyjaciół, ale nie przeszkadzało jej to, a nawet śmiała się razem z nimi. Mimo swojego denerwującego roztrzepania, przez ten cudowny uśmiech, którym obdarzył ją Bóg, przyciągała tłumy. Co notabene dobrze wpływało na ruch w jej cukierni. To właśnie to chciała robić od samego początku. Jedni powiedzą, że to żadna praca, bo ciasto potrafi upiec prawie każdy, drudzy, że po co się męczyć w kuchni, skoro z jej maturą mogłaby się dostać na każde studia, ale Miłka miała swój plan na życie dokładnie od dziewiętnastych urodzin, gdy doznała tak poważnej kontuzji, że musiała zrezygnować z gimnastyki już na zawsze. Wiele osób w jej sytuacji pewnie by się załamało, ale nie ona... ona była inna. Zresztą przy okazji wykonywanych badań profilaktycznych miesiąc po kontuzji dowiedział się czegoś, co odmieniło jej życie o kolejne sto osiemdziesiąt stopni. To coś, a właściwie ten ktoś miał na imię Kacper i był jej aniołem stróżem... dosłownie !
- Mamo, bo się spóźnimy! - krzyknął, z przedpokoju chłopiec. 
- No już idę - stanęła przed lustrem i poprawiła włosy. - Jestem gotowa. 
- Dokumenty masz? 
- W torebce. 
- Telefon? 
- W kieszeni. 
- Insulina? 
- Mam - odpowiedziała zadowolona, że wreszcie o wszystkim pomyślała. Szybko wyszli z mieszkania i pobiegli do samochodu. Nie minęło 20 minut, a oni stali już pod budynkiem z wielkim napisem "Lukrecja". 
- O cholera! - krzyknęła brunetka. - Zapomniała kluczy! 
Młody tylko przewrócił aktorsko oczami i i wyciągnął z kieszeni spodni pęk metalowych przedmiocików. 
- Kapi, jak ja cię kocham! -  cmknęła go w usta. 
- Wiem wiem. 
Mówiąc to Miłka wcale nie kłamał. Chyba tylko to łączyło ją z Bartkiem... Miłość, wielka miłość do swojego dziecka, której nic nie było w stanie przezwyciężyć. 


________________________________________



No witam Cię człowieku! :D 

Pierwszy raz tutaj i mam nadzieję że nie ostatni :) 
Na to opowiadanie mam już w głowie jakiś tam plan i mam nadzieje, że jakoś on wypali. Chciałabym żeby ono było w większości zabawne... takie na poprawę humoru :D  

Teraz wy dajcie znać, czy zostaniecie i czy pomysł wam się podoba <3


A i jeszcze jedno dla tych, którzy byli tu wcześniej... dodałam trochę nowych bohaterów, trochę pozmieniałam, więc zapraszam <3 

Do następnego.  


piątek, 3 lipca 2015

Wstęp

    Oszalałam, zwariowałam i nie wiem co jeszcze XD Tego bloga założyłam pod wpływem weny, która złapała mnie niedawno (szkoda, że tylko na to opowiadanie). Mam na niego naprawdę fajny pomysł i bardzo bym chciała go urzeczywistnić, ale jak, gdzie i kiedy? To nie mam zielonego pojęcia :D Na początku chciałabym skończyć Włodarczyka, żeby móc całkiem poświęcić się Bartkowi (jak to brzmi?! XD) ale wszystko wyjdzie w praniu. Zaglądajcie tu czasem, bo może niedługo coś się pojawi :D

Buziaki :* :* :*